W celu umożliwienia pełnego odbioru tej strony wysyłane są zapisujące się na komputerze odbiorcy pliki cookies.

Ryszard Stemplowski

2016-07-05

Spokojnie, to tylko deimperializacja

Brytyjscy zwolennicy wyjścia z UE masowo wyrażają swe stanowisko poprzez krytykowanie imigracji, imigrantów, polityki imigracyjnej itp. To jest podstawowa forma publicznego przejawiania się większej całości, którą jest tożsamość zbiorowa Brytyjczyków, zwłaszcza Anglików. Jej częścią jest świadomość, a w niej - historia imperialnej wielkości nie wymagającej przeważnie współdziałania innego jak w stosunkach brytyjskiego panowania nad innymi, choćby pośredniego. Jeżeli nad kimś panować się bowiem bezpośrednio nie dało, to utrzymywano wobec takich państw (europejskich) splendid isolation i pilnowano, żeby się "tam" (na kontynencie) nikt nie umocnił na tyle, żeby zagrozić brytyjskiemu imperium. Tylko z mocarstwami pozaeuropejskimi stosunki były inne. Uproszczony to opis, gdyż skupiony jest na tym, co istotne dla zrozumienia tożsamości (mentalności) ludzi Brexitu.

Nie wszyscy Brytyjczycy uświadamiają sobie jasno, a z pewnością nie w pełni akceptują, jak wygląda nowe miejsce Zjednoczonego Królestwa, silnie zarysowane wynikami pierwszej wojny światowej i powstaniem irlandzkim (1916), utwierdzone przez światowy Wielki Krysys gospodarczy lat 1929-1933, prawie przypieczętowane drugą wojną światową i dekolonizacją ledwie zakończoną.

Różne mocarstwa imperialne na rozmaite sposoby się deimperializowały czy jeszcze deimperializują. To dotyczy Belgii, Danii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Portugalii, Rosji (z putinowską próbą reimperializacji), Włoch, może nawet Grecji. Nawet mentalne skutki rozbiorów i utraty polskich Kresów mają z tym coś wspólnego.

Brytyjski minister spraw zagranicznych Douglas Hurd użył (1993) sformułowania, że dzięki swemu potencjałowi militarnemu Zjednoczone Krolestwo boksuje w podwyższonej kategorii wagowej (punching above its weight). Podwyższonej w stosunku do rzeczywistego znaczenia państwa brytyjskiego w całokształcie stosunków międzynarodowych. Świadomość deimperializacji, choć nie uświadamiana przy pomocy tego właśnie pojęcia – deimperializacja – toruje sobie drogę, ale raczej w elicie, niż masach. Robotnik brytyjski był wyzyskiwany w swoim kraju, ale korzystał też z brytyjskiego wyzysku kolonialnego, korzystnych umów handlowych z  krajami zależnymi w światosystemie, brytyjskiej potęgi na morzu; niejeden ulegal ideologicznej hegemonii klas wyższych itd. O tych wszystkich przewagach nie zapomina się łatwo. Zmiany w świadomość zachodzą powoli. Byliśmy imperium i nie potrzebowaliśmy tego z nikim uzgadniać! Teraz też damy sobie radę bez nich.

Spotykałem Anglików z upper class, teraz pewnie głosujących za pozostaniem, ale zawsze przekonanych tak, jak zwolennicy Brexitu, że Brytyjczycy więcej dają “Europejczykom”, niż dostają. Brytyjczycy nie są w tym ich języku (umysłach) Europejczykami, Europejczykami są ludzie mieszkający na kontynencie, continentals, zwlaszcza aparat unijny w Brukseli (łącznie z posiadaczami paszportów brytyjskich, to są przecież expatriates) i oczywiście przemądrzali Francuzi. Nie decyduje wielonarodowość mieszkańców Londynu. Ostatecznie, w początkach naszej ery jedna-czwarta rzymskiego Senatu pochodziła ze skolonizowanej Hispanii, z takich rodów wywodzili się Trajan i Hadrian. Tony Blair pochodzi ze Szkocji, ale przedkładał special relations z USA nad zobowiązanie do partnership w UE. Ale, jeśli “nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”, to Brexit ułatwi pogłębienie integracji w UE – ever closer Union.

Ten etap deimperializacji zaznaczy się wysokimi kosztami, ale ostatecznie powinien im wyjść na zdrowie, tylko że nieprędko. A jeżeli podejmą próbę pozostania w UE, to za niewyobrażalną cenę drastycznej zmiany swego ustroju.

zob. http://www.stemplowski.pl/153-2016-06-24-deimperializacja-po-angielsku.html 

Notes